Wiersze Tomasza Franca

Tomasz Franc

TomaszFranc

Nic co ludzkie…

Pytasz czym jest nicość
Nie wiem
Każesz podnieść skałę, a ja nie mam sił
Chcesz bym Cię stworzył, choć nie potrafię
Kończysz pytając dlaczego

Człowiekiem jestem

Wiedza to studnia z dnem przeklęcie płytkim
Myślisz, że brak go, a ono się kryje za wodą
Miłość granic swych broni i poza nimi wojna się staje
Siła chwilę trwa tylko i w słabość się zmienia
Odwaga wśród większości mieszka, mniejszości ucieczka zostaje
Honor znika gdy śmierć się pojawia
Piękno w brzydotę się zmienia
Młodość starością się staje

…i nic co ludzkie nie jest mi obce

A jednak…
Granice, blokady, ściany
Wszystkie uczucia je mają
Wszystkie myśli
Wszystkie słowa
Ma je życie
Ma śmierć
I Bóg jedną ma tylko
Bezgranicę ludzkości
Zdumienie
Zdumienie, co miecz siły w dłoni dzierży
Co tarczę odwagi niezłomną używa
Co zbroję honoru przyodziewa
Co piękno całości podkreśla
Co młodość daje
I koronę wiedzy nosi

A gdy to zrozumiesz
Wtedy
Bóg od człowieka mniejszy
W tym jednym zdumieniu
Bo on zna odpowiedzi
I podniesie wszystko
I stworzy
I nie zdumiewa go żadna z tych rzeczy jak człowieka

Wszechwielka moc, granica zdumienia

 

 

Sąd Ostateczny

Jedwabna sieć promieni rzucona przez słońce chwyciła dłoń jego

Odebrawszy mu wszystką moc przejęła jego oręż

Pędzel

Potok myśli płynął ze słońca

Schwytanego

Jeszcze silniejszą dłonią

Barwy splątały się jak motyle w locie

Oczy łzawiły farbą widząc innym okiem

Stopy tonęły we krwi barwiąc wysoką drabinę –

Krzyż

Głód nie zatrzymał dłoni

Zamknięty w komnacie

Sam

Anioł

Sługa dłoni

Mistrz mowy bez słów

Władca wzroku i myśli

Ręka dobra bliska ręce dobra

Czystość zaczerpnięta z raju

Już na zawsze

Bóg tak umiłował człowieka

Aż syna swego dał, a każdy, kto

w niego wierzy ma życie wieczne

On umarł abyśmy mogli żyć

I słowem i pędzlem go chwalić

A Bóg jeden wie

Czyją się to ręką stanie

Człowieka czy Anioła

Anioła czy Michała

 

 

 

 

Niepamięć

A potem wszystkim opróżniła się jego dusza

I była pustą

Poznał pustkę nad pustki, tak pustą aż pełną

Wieszczył z duszy słowa pełne bycia pustymi

Wtedy lud go rozumiał

Gdy przysiadł nad rzeką

W jej toń mrugnąwszy powieką

Wzruszyła się rzeka tym znakiem

Owym tandetnym pomysłów brakiem

I naraz mu wodą do oczu chlusnęła

Tym to na dobre powiekę zamknęła

 

Cisza

Jakby tej toni nie słyszał

Jakby jej wcale nie było

Im bardziej oczy miał zamknięte tym bardziej otwarte

Dwie krople wody

Rzeka wezbrała na tamie ciszy

I przerwała tamę

Gwoźdźmi przybijając to co widziała

Do jego duszy

Lecz ona pustą była i gwóźdź się jej nie czepił

 

Grzmot

Jęk

Skowyt

Trafił jeden

Gwóźdź jeden trafił wbijając się w dawną miłość

Co i w pustce miejsce dla swej pełni miała

Która w nim została mniejsza od kropli wody

Obrazy zmieniły myśli i pustka stała się pustą

a pełnia pełną a dusza słowem

I mówił i krzyczał i tworzył i niszczył

i dzielił jednoczył i umarł

Bo wtedy lud go nie rozumiał

 

„Stwórco, czemuś me słowa takimi uczynił,

Żem ja jeden sam siebie zrozumieć nie mógł?”

Zapłakał

„Stwórco, ani ja, ani oni”

…i umarł w niczyjej nie będąc pamięci.

 

Fala …

Fala bezkresnego oceanu uderzyła

Obmyła mnie jak skałę

Z każdym krokiem zagłębiałem się bardziej

W wieczystą toń

Błękitu

Uniosłem w dłoniach jego fragment

Otwarłem dłonie – pozostał w nich

On fragment oceanu

Oceanu kwiatów

Wszechobecny

Szafir

On to płynąc falami pchanymi przez wiatr

Otulał mnie lekkim powiewem

 

Kiedy chwyciłem w dłonie bukiet szafiru

Niebo spoczęło w mych rękach

I cała jego potęga

I nastała noc

I księżyc oddał pokłon dla oceanu

I oczy jego odbijały się w jego toni

I świat padł na kolana

Klęczał przed szafirem

I przed mną

Który jego głębię poznałem

 

 

Skrawki szczęścia

Patrzę na niego wiecznie stojąc z boku

Na niego, po środku

Z prawej mniejszy od niego

Z lewej brzydszy

Żaden intelekt mu nierówny

Charyzmatyczny władca

Nigdy na niego nie patrzę

 

Codziennie ją widzę, gdy ją mijam na ulicy

Ją czy też jej wózek

Jedzie tak i miejsce przechodniom zabiera

Godna litości i pożałowania kaleka

Nigdy na nią nie patrzę

 

Proszą go o autografy jak nigdy innego

Patrzą na niego z podziwem

Wzdychają

Nie ma od niego lepszego

Mistrz swojego kunsztu

Patrzy na nich, gdy z nimi rozmawia

Choć wiedzą, że ich nie widzi

Puste oczy

Na cóż je otwiera pytają

Niech sobie laską popatrzy

Ślepiec

Nigdy z nim nie rozmawiali

 

Charyzma i kunszt i władca i mistrz

Litość ślepota głupiec kaleka

Zwycięzca

Przegrany

Lecz, który któremu potrzebny?

Czy darem dostać pomoc

Czy darem pomagać?

Czy ten piękny, co piękny?

Czy ten wielki, co wielki

Czy ten, co mały?

Czy byłby wielki, gdyby małych nie było

Czy tylko równy?

Czy ten się cieszy, co przyjął pozę

Czy ten, który skrawki szczęścia mnożyć potrafi?

 

 NieZAPominajka          Wiersz napisany  na 31 sierpinia 2012 r.

 

Otwarte oczy

Bywają ślepe

Zamknięte

Widzą prawdę

 

Błękitny płomyk otwiera duszę

Wnętrze człowieka wchłonęło czas

 

W klepsydrze wspomnień

Otulonej światłem

Litery wypływają nurtem

Potokiem niesionym przez myśli

Okute w słowa

 

W matczynym obcego spojrzeniu

Rozsądek torujący drogę

Mądrość zmieniająca przyszłość

Szafirowa pamięć

 

Kaskada wiedzy otwiera swe bramy

Nie upadnie

Kto podda się słowu

Nie zbłądzi

Szukający drogi

Nie straci

Kto umie się dzielić

 

Zabrane ginie

Oddane powraca

 

Otwarte oczy

Widzą prawdę

Otwarte szeroko

 

Wiatr góry buduje
Stojącym wysoko

Którzy niosą brzemię

Własnej wysokości

Piasek sypie w oczy

 

 Wiatr Mądrości